Długo mnie nie było, ale powoli wracam do żywych :)
Wakacyjny czas ciągnie się w nieskończoność, przynajmniej dla mnie. Dopadło mnie totalne lenistwo i zmęczenie materiału. Brak chęci do czytania, do biegania, do czegokolwiek. Wpadłam w okropną rutynę dnia codziennego, która opierała się na wysprzątaniu mieszkania, obejrzenia filmu, przygotowania obiadu, wyszykowania się, no i w drogę! Wieczorne wyjścia ze znajomymi zaczynają dawać się we znaki. Albo pralka zwęża moje ubrania, albo mole ujmują im objętość.
Zmiany! Jutro z samego rana pędzę do biblioteki po zapas lektur na wieczór. Chętnie zasięgnę u Was porady, jeśli macie swoje ulubione pozycje (te książkowe)to śmiało, dzielcie się nimi w komentarzach :)
Wróciłam też do zdrowego odżywiania, więc będę Was zasypywać toną przepisów na niedobre i niesmacznie wyglądające koktajle. Ale cóż, fit to fit. Walka z molami w szafie rozpoczęta ;)
Jest dużo rzeczy z którymi chciałabym się z Wami podzielić, ale nie chcę Was zanudzać ilością tekstu. Pokuszę się jedynie na wrzucenie kilku zdjęć. Byłam w tak wspaniałych miejscach, z tak wspaniałymi ludźmi, że grzech się tym nie podzielić :)
Wróćmy jednak do tematu bloga... dots, dots, dots...
Kocham groszki i kropka. O tym wiecie doskonale. Stały się one inspiracją do stworzenia studniówkowej kiecki. Trochę czarnego tiulu, wszyty gorset i gotowe...
Jaki efekt?
Studniówka minęła, a sukienka ciągle na mnie zerkała spod sterty rzeczy "tylko na jedną okazję". Wystarczyło wyciąć resztki tiulu, ubrać płaskie buty, przez to nabrała mniej "szykowanego" charakteru... zresztą zobaczcie sami :) Akurat ta sesja zdjęciowa miała się odbywać w bardziej sprzyjających i odpowiednich krajobrazach, jednak mój tatuś wolał zaszaleć w lesie z całą resztą robactwa i wszędzie plątających się chaszczy :)
A z nim się nie rozstaję...
Hmm..chyba dałam tutaj trochę za dużo siebie :) Miało bym anonimowo..następnym razem :) Z gadulstwem już tak jest ;)
Buziaki :*



